Jest taki moment w rodzicielstwie, który zna chyba każdy z nas. Dziecko krzyczy. Nie chce założyć butów. Rzuca zabawką. Patrzy Ci prosto w oczy i mówi:”Nie!”
I nagle dzieje się coś dziwnego. To już nie jest tylko sytuacja z dzieckiem. W Twoim ciele pojawia się napięcie. Ściska Cię w żołądku.Serce zaczyna bić szybciej. Masz ochotę krzyknąć. Wyjść. Albo przeciwnie – zamierasz i nie wiesz, co powiedzieć. Później często przychodzi poczucie winy. „Dlaczego tak zareagowałam?” Przecież obiecałam sobie, że następnym razem będę spokojniejsza.”
A może prawdziwe pytanie brzmi zupełnie inaczej? Co we mnie zostało właśnie poruszone?
Dzieci niezwykle rzadko uruchamiają tylko teraźniejszość. To może być trudne do przyjęcia. Kiedy nasze dziecko krzyczy, nie reagujemy wyłącznie na jego krzyk. Reagujemy również na wszystko to, czego sami kiedyś doświadczyliśmy.
Jeśli jako dziecko słyszałaś, że jesteś „za głośna”, płacz był ignorowany albo złość spotykała się z karą, Twój układ nerwowy mógł nauczyć się, że silne emocje oznaczają zagrożenie. Nie dlatego, że jesteś słaba. Nie dlatego, że coś jest z Tobą nie tak. Po prostu tak działa mózg – uczy się na podstawie doświadczeń. To właśnie dlatego zachowanie własnego dziecka potrafi uruchomić reakcje, które wydają się nieproporcjonalne do sytuacji. Nie reagujesz tylko na dziecko.Reagujesz także na historię zapisaną w swoim ciele.
Trigger nie jest Twoim wrogiem
Słowo „trigger” zrobiło w ostatnich latach ogromną karierę. Często mówimy:”Dziecko mnie triggeruje.” Ale to nie dziecko jest problemem.Trigger jest informacją.To sygnał, że Twój układ nerwowy dotknął miejsca, które wciąż potrzebuje uwagi. To trochę jak lampka na desce rozdzielczej samochodu. Nie denerwujemy się na lampkę. Zastanawiamy się, co próbuje nam powiedzieć. Każdy trigger jest zaproszeniem do poznania siebie trochę lepiej. Większość z nas nauczyła się odpychać własne emocje. Przez lata słyszeliśmy:”Nie przesadzaj.””Nie płacz.””Nie złość się.””Weź się w garść.” Z czasem zaczęliśmy robić to samo sami sobie. Kiedy pojawia się smutek, próbujemy go zagłuszyć. Kiedy pojawia się złość, zawstydzamy się. Kiedy pojawia się lęk, udajemy, że go nie ma. Problem w tym, że emocje nie znikają dlatego, że przestajemy je czuć świadomie. One zostają w ciele. I często odzywają się właśnie wtedy, gdy zostajemy rodzicami.Bo dzieci mają niezwykły dar dotykania tych miejsc, które przez lata próbowaliśmy omijać.
A gdyby zamiast odpychać emocje… zrobić dla nich miejsce?
Nie po to, żeby się w nich zanurzyć. Nie po to, żeby pozwolić im przejąć kontrolę. Ale po to, żeby przestać z nimi walczyć. Możesz powiedzieć do siebie:”Widzę, że jest we mnie ogromna złość.””Czuję napięcie.””To dla mnie bardzo trudne.”Bez oceniania. Bez natychmiastowej potrzeby naprawiania siebie. To właśnie w takim momencie zaczyna się regulacja. Nie wtedy, gdy przestajemy czuć. Ale wtedy, gdy przestajemy uciekać od tego, co czujemy.
Powrót do siebie nie oznacza bycia spokojnym przez cały czas
To jedno z największych nieporozumień.Powrót do siebie nie polega na tym, że już nigdy nie podniesiesz głosu. Nie oznacza, że zawsze będziesz cierpliwa. Nie oznacza, że Twoje dzieci nigdy więcej Cię nie zdenerwują. Powrót do siebie oznacza coś znacznie ważniejszego. Że nawet kiedy odlecisz emocjonalnie……potrafisz wrócić. Zauważyć.Nazwać.Naprawić relację. To właśnie buduje bezpieczeństwo. Nie perfekcja.Naprawa.
Współczucie wobec siebie nie jest pobłażaniem
Wielu rodziców boi się, że jeśli okaże sobie zbyt dużo wyrozumiałości, przestanie się rozwijać. Z mojego doświadczenia jest dokładnie odwrotnie. Kiedy jesteśmy dla siebie bezlitośni, nasz układ nerwowy przechodzi w tryb obrony. A w trybie obrony bardzo trudno się uczyć. Współczucie nie mówi:”To nieważne, że nakrzyczałaś.” Ono mówi:”To miało znaczenie. I jednocześnie jesteś człowiekiem, który może zrozumieć, co się wydarzyło, naprawić relację i następnym razem spróbować inaczej. ” To ogromna różnica.
Twoje dziecko nie potrzebuje idealnego rodzica
Potrzebuje rodzica, który jest gotów poznawać samego siebie. Rodzica, który potrafi powiedzieć:”Przepraszam. Krzyknęłam. To nie było w porządku.” Rodzica, który nie udaje, że nic się nie stało. Rodzica, który pokazuje, że emocje nie są czymś, czego trzeba się bać. Bo właśnie tego dzieci uczą się od nas. Nie tego, czy jesteśmy zawsze spokojni. Ale tego, co robimy, gdy przestajemy tacy być. Rodzicielstwo bardzo często nie tworzy naszych ran. Ono je odsłania.
To zdanie zmieniło moje spojrzenie na rodzicielstwo. Przez długi czas myślałam, że moje dzieci wyciągają ze mnie najgorsze. Dziś myślę inaczej. One nie stworzyły tych trudnych miejsc. One je oświetliły. Pokazały mi, gdzie wciąż potrzebuję czułości. Gdzie nadal czekają niewysłuchane emocje. Gdzie moje wewnętrzne dziecko wciąż boi się, że nie jest wystarczające. I choć bywa to bolesne, jest też niezwykłą szansą. Bo kiedy zaczynamy troszczyć się o własny układ nerwowy, kiedy uczymy się rozpoznawać swoje wyzwalacze, wracać do siebie i traktować siebie z życzliwością, zmienia się nie tylko nasze samopoczucie. Zmienia się sposób, w jaki patrzymy na nasze dzieci. Coraz rzadziej widzimy w ich zachowaniu atak. Coraz częściej dostrzegamy komunikat. Coraz rzadziej reagujemy automatycznie. Coraz częściej odpowiadamy świadomie.
I może właśnie na tym polega najgłębsza przemiana w rodzicielstwie. Nie na wychowaniu „grzeczniejszych” dzieci. Ale na tym, że z każdym dniem stajemy się dla nich tym dorosłym, którego sami kiedyś tak bardzo potrzebowaliśmy. A wszystko zaczyna się od jednego prostego pytania:”Co dzieje się teraz we mnie?”
Bo kiedy odważymy się zostać z odpowiedzią, zamiast od niej uciekać, robimy pierwszy krok nie tylko w stronę lepszej relacji z dzieckiem. Robimy go także w stronę siebie.